RSS
środa, 06 stycznia 2010
Moja ekscelencja jest dobrawdy zbyt łaskawa...
Bo w przeciwnym wybadku chyba połowa drużyny już by nie żyła z powodu głupoty. A druga połowa... Też by nie żyła, ale z powodu wkurzania Mistrza Gry. I zostałbym sam na sam z halflingiem... Co swoją drogą ma też pewne zalety. Ale do rzeczy.
Zaczęło się w miarę klasycznie. Drużuna, która po ostatnich dokonaniach (pomyślnie zakończone śledztwo w sprawie śmierci kapłana Sigmara, a następnie wyczyszczenie gniazda Skavenów) przestałą być anonimowa w pewnych kręgach w Middenheim, została zaproszona na spotkanie z jednym z najwyższych kapłanów Ulryka. Dla przypomnienia - drugi co do ważności kult w Imperium, najważniejszy w Middenheim i w ogóle w całym Middenlandzie.
I co? Ano zaczęło się od tego, że drużyna zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle tam iść czy nie. Poszukiwacze przygód, nie ma co... No ale koniec końców poszli. I zostali poproszeni o odnalezienie (wraz z mającym wizje niewidomym kapłanem) i sprowadzenie do świątynii artefaktu Chaosu, który w nieodpowiednich rękach mógłby wywołać sporo kłopotów w całym Imperium. No a jak na to zareagowali Nasi Dzielni Poszukiwacze Przygód? Ano tak, że właściwie, to im się nie chce. Bo to niebezpiecznie. W końcu wiadomo, że dla poszukiwacza przygód najważniejsza jest opłacona składka zdrowotna i odpowiedni plan emerytalny, czyż nie? W sumie chyba najbardziej przekonującym dla nich było to, że jeśli artefakt wpadnie w niepowołane ręce (a właściwie to powołane, ale niewłaściwe), to oni sami znajdą sie w niebezpieczeństwie.
No i bomba, drużyna zaakceptowała misję. Świetnie, weselmy się i radujmy. A co zrobili, gdy misję zaakceptowali? Zaczęli... Negocjacje w sprawie nagrody.Któe właściwie rozpoczęły się od stwierdzenia, że tak, ideologia to piękna sprawa, w imieniu Ulryka i Imperium, ale przydałoby się coś bardziej wymiernego. A na koniec elfia wiedźma dorzuciła hasło, że modlitwy to fajna sprawa, religia też jej nie wadzi, ale przydałoby się raczej coś bardziej namacalnego, święte kadzidło czy coś. Właściwie to w tym momencie nabicie na pal byłoby zupełnie usprawiedliwione - i całkowicie namacalne!Bo w przeciwnym wybadku chyba połowa drużyny już by nie żyła z powodu głupoty. A druga połowa... Też by nie żyła, ale z powodu wkurzania Mistrza Gry. I zostałbym sam na sam z halflingiem... Co swoją drogą ma też pewne zalety. Ale do rzeczy.
Zaczęło się w miarę klasycznie. Drużuna, która po ostatnich dokonaniach (pomyślnie zakończone śledztwo w sprawie śmierci kapłana Sigmara, a następnie wyczyszczenie gniazda Skavenów) przestałą być anonimowa w pewnych kręgach w Middenheim, została zaproszona na spotkanie z jednym z najwyższych kapłanów Ulryka. Dla przypomnienia - drugi co do ważności kult w Imperium, najważniejszy w Middenheim i w ogóle w całym Middenlandzie.
I co? Ano zaczęło się od tego, że drużyna zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle tam iść czy nie. Poszukiwacze przygód, nie ma co... No ale koniec końców poszli. I zostali poproszeni o odnalezienie (wraz z mającym wizje niewidomym kapłanem) i sprowadzenie do świątynii artefaktu Chaosu, który w nieodpowiednich rękach mógłby wywołać sporo kłopotów w całym Imperium. No a jak na to zareagowali Nasi Dzielni Poszukiwacze Przygód? Ano tak, że właściwie, to im się nie chce. Bo to niebezpiecznie. W końcu wiadomo, że dla poszukiwacza przygód najważniejsza jest opłacona składka zdrowotna i odpowiedni plan emerytalny, czyż nie? W sumie chyba najbardziej przekonującym dla nich było to, że jeśli artefakt wpadnie w niepowołane ręce (a właściwie to powołane, ale niewłaściwe), to oni sami znajdą sie w niebezpieczeństwie.
No i bomba, drużyna zaakceptowała misję. Świetnie, weselmy się i radujmy. A co zrobili, gdy misję zaakceptowali? Zaczęli... Negocjacje w sprawie nagrody.Któe właściwie rozpoczęły się od stwierdzenia, że tak, ideologia to piękna sprawa, w imieniu Ulryka i Imperium, ale przydałoby się coś bardziej wymiernego. A na koniec elfia wiedźma dorzuciła hasło, że modlitwy to fajna sprawa, religia też jej nie wadzi, ale przydałoby się raczej coś bardziej namacalnego, święte kadzidło czy coś. Właściwie to w tym momencie nabicie na pal byłoby zupełnie usprawiedliwione - i całkowicie namacalne!
No ale koniec końców ruszyli. A ponieważ ostatnio Mateusz narzekał na brak wielowątkowości (jeszcze mu sie przeje, ale to już inna sprawa), sidequestów i innych takich sytuacji, gdzie wybór nie jest oczywisty - postanowiłam jako interludium poprowadzić "Ciężką noc w karczmie Pod Trzema Piórami". Ogólnie - hrabina oskarżona o czarostwo jedzie na sąd boży, mordują jej szampierza, wrabiają w to jednego z BG, ponadto - fałszywi Morryci z fałszywymni zwłokami, prawdziwa łowczyni nagród, nie mniej prawdziwi kultyści szantażujący prawnika hrabiny, do tego romansująca para i zazdrosny narzeczony, no i jeszcze - tak do kompletu - złodziejski niziołek. Plan co szię dzieje rozpisany niemal minuta po minucie od 21 do 4:10. Przeczytany po wielokroć, żeby się nie pogubić. Plany pięter gospody przerysowane, nawet opisy postaci drugoplanowych ułożyłem i spisałem. I zacząłem - po raz pierwszy - dokładnie i szczegółowo prowadzić wieczór w gospodzie. A co zrobiła drużyna? Zamówili jedzenie i picie, następnie nowy nabytek - flisak Beznogi Jack - spytał, czy w karczmie jest ktoś, kto wygląda, jakby miał coś ważnego do powiedzenia, a po chwili... No cóż. Poczynając od tego, który najgłośniej krzyczał, że mu mało, wszyscy poszli spać. O 21:35. Bywa. U mnie drużyna może olać questy. Choć za ten numer osobiście miałem ochotę spuścić na nich wielkiego czerwonego smoka. Albo słonie. Dużo słoni.
Nic to. Gdy już ich wyprawiłem w drogę z ociekającego krwią zajazdu ogłosiłem krótką przerwę, żebym mógł sie przygotować do dalszej części, a następnie siedliśmy znów do grania. I się zaczęło robić jeszcze śmieszniej. Bo cel ich poszukiwań znajdował się na polance. Na środku polanki. Na tej polance był też minotaur. Który miał możliwość wezwać pomoc, gdyby graczom nie udało sie go zaskoczyć. I jakby to powiedzieć... Nie udało się. A zaczęło sie nawet dobrze, byłem z nich całkiem zadowolony. Postanowili - zamiast rzucać się na hip, hip, hura - zrobić zwiad. Ale niestety, poza elfią wiedźmą, postanowili też wysłać zagranicznego świra. Nie spodziewając się niczego złego, opisałem im powili minotaura, to, jak go coraz wyraźniej widzieli, a w końcu pokazałem obrazek z bestiariusza. Bardzo sugestywny, z wściekłym minotaurem trzymającym sugestywnie wielki topór. Carlos stwierdził: "To chyba jakiś minotaur". Ja się z nim zgodziłem. A co on na to? "To ja rzucam w niego kamieniem".
Tak. Był sam, z wiedźmą, której nic chyba nie idzie gorzej niż czary. I co? Nie wymyślił, jak by tu wciągnąć minotaura w zasadzkę. Po prostu rzucił w niego kamieniem. Następnie zrobił durną minę, gdy minotaur zadął w róg, po czym zaczął zwiewać. Miał taką genialną wizję, że będzie odciągał minotaura, a w tym czasie reszta drużyny załatwi, co ma do załatwienia. Już sama wizja niemal wywołała u mnie spazmy śmiechu - wyobraźcie sobie elegancko, a nawet ekstrawagancko ubranego człowieka, jak zasuwa co sił w nogach wokół polany, a za nim biegnei wściekły minotaur, wymachując toporem. No po prostu super. Niestety, geniusz nie wziął pod uwagę faktu, że minotaury są szybkie. Naprawdę szybkie. Zmuszony był zacząć kombinować. A następnie pozbyć się części włosów. Ściętych toporem. Nevermind. Grunt, że wróciła współpraca w drużynie, która postanowiła dzielnie pomóc. Czarodziejka od tej pomocy aż się nabawiła obłędu. A flisak, wpadł na iście genialny pomysł. Postanowił - uwaga - podkraść sie od tyłu do wściekłego, walczącego minotaura i zarzucić mu koc na głowę. Po czym, poinformowany, że nie ma tyłu, bo minotaur jest w ciągłym ruchu, stwierdził, że w takim razie on pójdzie za kocem (będzie go przed sobą trzymał), żeby sie nie dać zauważyć.
Naprawdę, przy tym wszystkim, to stukanie wiosłem w podłogę oraz samotna wyprawa halflinga z ojcem Odo, która zmusiła mnie do odwołania sześciu szkieletów, to pikuś malutki. Nic nie znaczące szczególiki. Tekst "To ja rzucam w niego kamieniem" przejdzie do historii, na wieki. Podobnie jak "Ty durniu, ja Ci pójdę do lasu!".

Ja chcę jeszcze raz! Ale może tym razem jednak nieco poważniej. A jakby się tak udało u kogoś pograć, a nie tylko mistrzować... Tę kampanię na pewno chcę skońćzyć, i prowadzic drużynę dalej, nawet poza tą kampanią... Ale i ja bym chciał znó wcielić się w rolę krasnoludzkiego trapera...
00:38, leitdorf
Link Komentarze (4) »
sobota, 31 października 2009
Zielona fala!
Przyszła, i -choć wciąż jeszcze była szaroniebieska - zaczęła swoją karierę tak efektywnie, jak i efektownie. Efekciarsko nawet. Efektem było głównie donośna "WAAAAGH!", tkóre zapewne słyszeli też sąsziedzi Małpeusza ;).
Ale po kolei. Do pierwszych bitew wystawiłem - na proxach, bo na proxach, ale zawsze - swoje od dawna planowane Speed Freaks. Wystawiłem więc Szefa w obstawie pięciu Nobów z big choppas oraz dwa oddziały zwykłych boyzów, w każdym nob z klawem. Oczywiście każdy oddział jeździł w czerwonej ciężarówce (red uns go fasta!).Po przeciwnej stronie był broodlord z małą obstawą, lictor, który nigdy sie nie znalazł (zahibernował?), 3 ravenery i trzy oddziały gauntów. Generalnie wspomnienia z pierwszej bitwy są takie, że nei byo co zbierać. Z Tyranidów, oczywiście, Ravenery przy szarży nie były w stanie otworzyć ciężarówki, Broodlord ze stealerami wprawdzie ciężarówkę załatwił (i pół transportu też), ale po chwili przyjął szarżę bandy dwunastu orków z drugiej śmieciarki, chcących mu pokazać, że są lepsi od kumpli, szef z nobami w tym czasie radośnie spuszczał baty ravenerom... Potem jeszcze tylko trzeba było pozmiatać gaunty, i wystawianie lictora stracio sens. Zwycięstwo orków 7-1 (stracona jedna cieżarówka - drugą groty dzielnie naprawiły!).
Ok, wszystko pięknie. Chwalebne zwycięstwo, super. Ale potem Mateusz postanowił przekombinować armię, i już nei było tak wesoło. Znaczy, było, ale trochę inaczej. A mianowicie - skomasował Gaunty w dwa większe oddziały, wywalił genestealery, za to dorzucił zoanthrope'a i 'fexa. Wprawdzie ravenery znów ciężarówki jnie były w stanie otworzyć i w bezsilnej wściekłości patrzyły na orki pokazujące im języki ze środka, ale... Niestety, zoanthrope drugą cieżarówę rozwalił bez problemu. Nic poważnego sie nei stało, musiałem tylko wysiąść - więc wysiadłem. Przed ciężarówką. Po to, żeby przywitać wylatujący z lasu uśmiechnięty ostrzał. Zakończyło się to dla nich raczej smutno noż nie. Potem próbowałem sie odgryzać - między innymi udowodniłem, że trzy noby z szefem są w stanei przyjąć szarżę trzech ravenerów i 'fexa - wprawdzie ustał się tylko szef, ale w końcu całe towarzystwo zadziabał (zafurczał?). Niestety, ta bitwa skończyła się wynikiem 6:4 dla Tyranidów - po prostu poniosłem za duże straty, żeby sie sensownie odgryźć.
Wnioski. Po pierwsze, po wielu marynackich kombinacjach taktycznych, stwierdzam, ze gra orkami to takie swoiste katharsis. Po postu krzyczysz "WAAAAAGH!" i idziesz do przodu. A możliwosć jazdy o 19" daje bardzo dużo. Bo generalnei to ja moge decydować gdzie i z kim będę walczył... Niestety, trzeba się pozbyć paru narynackich nawyków. Z ultrasami prawie nigdy sie nie przejmowałem coverem. Przecież i tak mam save3+, cover mi da 4+ - więc po co mi to? A w orkach jest zdecydowanie inaczej (normalny save to 6+!). Powinienem było oddział z pierwszej cieżarówki wystawić za wrakeim, a nei przed nim. Bo orkowie ejdnak zdecydowanie lepiej znoszą łażenie po trudnym terenie, niż przyjmowanie ostrzału.
Tak czy inaczej - grało się świetnie. Tylko teraz niestety trzeba to bedzie pomalować...
01:29, leitdorf
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 sierpnia 2009
Prawie jak Drużyna A!
Prawie robi jednak wielką różnicę, co okazało się dość szybko przy próbie uwolnienia Mateuszowego Noba z moich podstępnych łap. Znaczy, wszstko pięknie, wyczuli moment, kiedy u mnie w orcie był tylko szef i kanonik, podstępnie zakradli się ze swoją ciężarówką i... Się sypnęło. Zaczęli - jeden po drugim - dość szybko schodzić. Po chwili do tego na stół wpadła moja śmieciarka wypełniona wkurzonymi chłopakami. Co prawda za daleko to ona nie zajechała, bo thruster wybuchł (efekt starań pewnego Meka - custom job mi się zachciało, to mam!), ale załoga wydatnie pomogła w posłaniu w diabły wszystkiego, co się ruszało i jeszcze paru innych rzeczy. Dodatkowo uwolniony (niestety) szef wrogiej bandy musiał do domu zasuwać piechotą - tak jakoś wyszło, że nowy kierowca nic a nic się nie nauczył - znów coś taranował (chyba bramę?), i znów wybuchł mu silnik. Bywa. Dzięki temu przynajmniej udało mi się przejąć tęże ciężarówkę - a co za tym idzie Mateusz musiał zmontować kolejną misję ratunkową.
Tymczasem, w ramach post-battle sequence, Młody wreszcie dobrał się do stołka - tak jest, spuścił Szefowi łomot i zajął jego miejsce. Na domiar złego postanowił ex-szefa pozostawić w forcie do pilnowania ciężarówy podczas gdy wszyscy inni ruszyli się dobrze bawić. No to się, kurka, pobawili... A w międzyczasie przybyli gorkersi i zrobili ex-szefowi z _!_ późną jesień średniowiecza. Gdy reszta moich chłopaków zorientowała się, że coś tu śmierdzi (znaczy, bardziej niż zwykle) i wróciła do fortu - to już było właściwie po ptakach, gorkersi właśnie wyjeżdżali swoją ciężarówą. Na domiar złego postanowili mnie jeszcze staranować, żeby za wesoło nie było. I tym razem to mój silnik wybuchł. Ciężarówka już się z tego nie podniosła. Nowy Nob i nowy Spanner też nie... No cóż. Szkoda ich było. Teraz rozbijam się takim przerośniętym buldożerem zamiast porządnej ciężarówy - ale mimo wszystko Skorcha musi być! Co z tego wyjdzie dalej - zobaczymy...

A z innej beczki - zastanawiam się właśnie nad zasadami specjalnymi na urodzinowy turniej. Zobaczymy, co z tego zastanawiania wyjdzie - bo czasu coraz mniej... Poza tym kombinuję też nad możliwymi rozpiskami Imperium w WFB. Skłonił mnie do tego artykuł w WD. Nawet wymyśliłem coś, co jest w miarę klimatyczne, chyba w miarę skuteczne, a do tego jeszcze nie potrzebuję zbyt wielu nowych modeli. Natomiast odwołuję twierdzenia, jakoby w UK grali bardziej klimatycznie niż powergamersko. Na dwa tysiące wystawić 45 Handgunerów, 20 Archerów, 10 Crossbowmanów, 5 Outriderów, armatę i rakietnicę? Tego to nawet ja bym nie wymyślił...
02:04, leitdorf
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lipca 2009
Gork is da god!
No, Mork is da god!
Waaagh!
Innymi słowy - o Gorkamorce słów kilka. Dialogiem podobnym do zamieszczonego powyżej rozpoczyna się właściwie każda potyczka orczych band - widać więc wyraźnie, że choć zdawać by się mogło, iż orkowie są stworzeniami prymitywnymi, to jednak u przyczyn ich konfliktu leży głęboki spór teologiczny. No ale - co by u tych przyczyn nie leżało - konflikt jest, a to oznacza, że można komuś wtubić. A orkowie to lubią, i to bardzo.
No więc wziąłem Da Mob składający się z noba, spannera, slavera, boya, dwóch yoofów i trzech grotów, wszyscy zapakowali się na ciężarówkę z zamontowaną - niespodzianka - skorchą, czyli takim przerośniętym palnikiem, i pojechaliśmy na pustynię zebrać trochę metalu, a przy okazji spuścić łomot mobowi Małpeusza. Plan był jak najlepszy, wyszło jak zawsze - wprawdzie jakiś kawał metalu wrzuciłem na ciężarówkę, lecz szybko z niej spadł, a choć mój nob bez większych problemów rozłożył Małpeuszowego noba, to sam też dostał w czapkę. Ponadto pomysł, by yoofów wsadzić jako obsługę ciężarówki, bo w ten sposób szybko nabiją tony doświadczenia był genialny w swej prostocie, ale nie do końca się sprawdził - skorcha wystrzeliła tylko raz, a onadto okazało się, że zament na polu bitwy jest za duży, żedy sensownie kogoś rozjeżdżać. W każdym razie post-battle sequence udało sie przetrwać bez większych problemów - aż do momentu, gdy przyszły rzuty na rozwój. Działonowy wylosował bowiem wyższą liderkę, a co za tym idzie - przewyższył szefa. I cóż z tego, że walczy i strzela dwókrotnie gorzej, że nie ma tej orczej wytrzymałości, że w ogóle nie ejst specjalnie uzbrojony? Kretynowi zamarzyło się przywództwo w bandzie. No więc krzyknął swoje Waaagh! i wyzwał szefa. Ten nie był tym zachwycony - i pierwszym strzałem wpakował go w ziemię tak skutecznie, że gość się nabawił "old battle wound".
No ale nic to. Zdeterminowany by wygrać, mój nob stwierdził, że trzeba by dokupić wiency palywa do skorchy. Jak pomyślał, tak zrobił, a następnie znowu wskoczył z chłopakami do ciężarówki i pognał na puystynię. Tym razem jednak taktyka była nieco inna - mianowicie, po głębokim namyśle stwierdzono, że najlepiej będzie smusić kierowcę do wciśnięcia przycisku "Da mega boosta" i nie pozwolić mu na puszczenie go aż znajdziemy się tuż przy ciężarówce drugiej bandy. Morkowi plan się najwyraźniej spodobał, bo dopalacz nie odmówił posłuszeństwa, a płomienie ze skorchy obmywając pojazd przeciwnika podpaliły jedną z sekcji, a do tego sprzątnęły kierowcę. I tu zaczęły się jaja - bo do kierownicy dorwał się yoof. Gdy zamykam oczy widze jego radość i okrzyki "ja chcę, ja chcę, djacie mi! A co to za czerwony guzik?", i słaby głos pierwotnego kierowcy, wołający "don't press dat!", a potem gromkie "Waaagh!". Innymi słowy - taranowanie frontem. Przyjąłem to dzielnie na klatę - skutecznie. Znaczy, dla mnie skutek był dość niezły, tylko szef z cieżarówy wypadł, ale nic mu się nie stało - natomiast pojazd Małpeusza raczył eksplodować, sypiąc na wszystkie strony pasażerami. Mój nob musiał pomyśleć, że wiosna nadchodzi - orki nisko latają... Potem były już tylko dożynki. Innymi słowy - bitwa udana. Zwłaszcza, że nadgorliwy yoof przeciwnika padł, a w jego ciężarówce zagnieździł się squig. Potem zaś jeden z mobsterów bandy przeciwnika stwierdził, że teraz on chce obsługiwać cekaem - i faktycznie, dopchał się do tejże pozycji. Po trupie przeciwnika. Zaś u mnie wprawdzie nob uzyskał dodatkowy punkt Ld, ale młody również się w tej dziedzinie rozwinął - i znów się pobił z szefem. I znów przegrał. Za to nob Małpeusza dostał się do neiwoli - co spowodowało konieczność wyprawienia ekipy ratunkowej. Ale o tym -w następnym odcinku...
00:31, leitdorf
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 czerwca 2009
Turniejowy Land Raider...
Spisał się bardzo dobrze. A wystawić mi się go udało, bo tym razem biliśmy się na nieco większe punkty - 1200. Uznałem więc, że to dobry moment, by wypróbować nieco inną koncepcję armii, i postanowiłem wystawić, co następuje:
Kapitan z plasma pistolem i Power Weaponem (w tej roli - Sicarius)
Piątka termosów
Dwie dziesiątki taktycznych - takich, jak zawsze
6 devastatorów (ML, MM, 2x laska)
Land Raider
Widać więc wyraźnie przeniesienie cieżkości z fast attacku na heavy support. A jak to się sprawdziło w praniu?
No cóż. Pierwszą bitwę grałem z Blood Angels. Co się okazało? Wprawdzie laski bez problemów penetrowały wszystie czołgi, które znalazły sie po drugiej stronie, to z uporem godnym lepszej sprawy w tabelce efektu rzucałem 1 lub 2. Dodatkowo, nieumiejętnie wypakowane termosy niewiele zdziałały. Poza tym... Połówka tacticala bez problemu zlikwidowała pięcioosobowy assault squad szarżując go - ale zaszartżowana przez drugi taki skład poległa, niestety. Ale Land Raider został wiernie na chodzie, do samego końca - mojej przegranej.
W następnej grze przysżło mi po raz pierwszy zmierzyć się z Witch Hunters. Po drugiej stronie stołu znalazły się dwa skłądy sióstr w Rhinosach, pluton gwardii, egzorcysta (takie ruchome, strzelające organy) i grupa sióstr z plecakam i odrzutowymi, pod przewodnictwem lokalnej świętej. Od początku wiedziałęm, że podobałab mi się ta armia - mają spore ilości flamerów (początkowo chciałem napisać obłędne - ale kol. Mateusz mi przypomniał, że wtedy zabrakłoby mi określenia dla orków, którzy mogą wystawić 45 burna boyz!). Anyway, bitwę rozpocząłem z przytupem - pierwszym strzałem rozwaliłem chimerę w drobny mak - dokonał tego, a jakże, Land Raider. Najwyraźniej dowódca przetarł strzelcom szybki w hełmach. To trochę popsuło szyki mojemu przeciwnikowi. W kolejnych turach jego laski nie były w stanie zrobić absolutnie nic mojemu land raiderowi, moje termosy wytrzymały ostrzał całej jego armii przez jedną turę tracąc 3 modele, a jego lataczki okazały się być mocniejsze od moich taktycznych - zwłąszcza ta święta. No cóż. powiem tylko tyle, że choć przybycie damy serca mego rpzeciwnika wyraźnie poprawiło jego wyniki - gra zakończyła się remisem. Land raider oczywiście przetrwał do końca, nieuszkodzony.
Ostatnią walkę przyszło mi stoczyć z powergamerskimi nekronami. Czemu powergamerskimi? No cóż. Monol na małe punkty to standard. Ale tu, poza monolem, było dwudziestu warriorów, 4 deski i... Nightbringer. Jeden z bardziej pogiętych pomysłów GW. Nawet duże, elfickie drzewo dało się normalnie zranić w walce wręcz. A ten bydlak ma 8 wytrzymałości, więc mój kapitan może go co najwyżej połaskotać. Dodatkowo jest monstrualny, ignoruje AS i invulnerable... Jego starcie z Land riderem zakończyło się tak, że w/w LR wyparował. W kolejnej turze gość wpadł w termosy - i wysiekł wszystkie, do nogi. Inna rzecz, że potem przez kolejne dwie tury nie był w stanie zabić kapitana, ale co tam... Najwyraźniej piasek w trybiki się dostał. Anyway - w tej bitwie moja taktyka była jasna i prosta. Olewamy wszystko co duże - staramy sie zatłuc warriorów. I udało się. W chwili, gdy duży potwór szykował się do szarży na moje tacticale - da dam! - phase out, wygrana.
Ogółem (po doliczeniu malowania) zająłem 4 miejsce na 12 graczy, więc mam powody by być zadowolonym. A wniowki? Well. Land Rider spisuje się świetnie, jest w stanie przyjąć na siebie bardzo dużo ostrzału, a dowódca tylko sobie ziewa i mówi "szybko, dajcie więcej wrzącego oleju!". Natomiadt definitywnie musze popracować nad taktyką transportowanych Termosów - kiedy io gdzie ich wysadzać, a także - co ważniejsze - kiedy i gdzie ich nie wysadzać...
00:39, leitdorf
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 czerwca 2009
Mój brat przeszedł na Ciemną Stronę Mocy!
No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na 1000pkt zaczyna wystawiać 2 lemany, 2 plazmy, 6 lasek i 8 melt? Moim zdaniem - nie da się. Ale po kolei. Ja wystawiłęm swoją standardową rozpiskę na 1000pkt. Młody miał:
-Company Command, sztandar, vox, 2 plazmy
-Platoon Command, vox, 3 melty
-2x Inf. Squad, vox, melta
-2x 3 laski
-Veteran Squad, vox, 3 melty
-2x Leman z bolterami na sponsonach
Wyszła nam walka o 3 punkty strategiczne, z rozstawianiem - niestety - Dawn of War. Mi przypadło w udziale być pierwszym - więc, jak to mam w zwyczaju, combat squady z sierżantami wystawiłem na maksa do przodu, a te z bolterami - w coverze. Młody nie miał specjalnego wyboru i wystawił się blisko swoje krawędzi. Przejąć inicjatywy mu się nie udało, więc zacząłem wprowadzać swoje posiłki na stół, a jednocześnie wysuniętymi oddziałami biec w stronę przeciwnika. Sądziłęm, że nie bedzie porblemu - dobiegnę, postrzelam, potnę, a resztę rozwali Assault Squad, który przyleci za chwilę z czaplą na przedzie.
I co? I najoględniej mówiąc - chała. Nie wziąłem pod uwagę nowej zasady specjalnej gwardii. Mianowicie - teraz mają taką zasadę, że mordują. Chyba im wymienili baterie w latarkach na duracelle.
A teraz - do rzeczy. O co chodzi. Po pierwsze - rozkazy. Dodatkowy strzał, a także przerzucanie coveró - robi bardzo dużo. 20 strzałów z latarek, a 30 strzałów z latarek - to robi różnicę. Poza tym - przy tej ilości broni cieżkiej zabranie przeciwnikowi covera jest zabójcze. Ponadto gwardia stała sie bardziej mobilna (choć Młody nie do końca to wykorzystywał) oraz bardziej odporna na ucieczki. Efekt - wycinał mnie w pień. Po prostu. Wystrzeliwał, i tyle. Bo niby czemu nie. Marynaty? Dawać ich tutaj, więcej! Ponadto - gwardia zrobiła sie tańsza, więc wszystkiego jest więcej. A jeśli dodać do tego zwiększone możliwości strzeleckie Lemana... Jest źle.
Tak w sumie: bitwę wygrałem, bo na skutek własnych błędów Młody nie doszedł rzeby mnie wykurzyć (2 punkty kontrolowałem przez całą grę), a poza tym miałem trochę szczęścia i mu utrupiłem jeden czołg w drugiej turze. Ale ogólnie rzecz biorąc, gdyby miał turę więcej - prawdopodobnie by mnie załatwił. No cóż. Trzeba sie przyzwyczajać do nowej gwardii - czyli, po peirwsze, nie rozdzielać sił, bo to już nie rpzejdzie, a po drugie - znaleźć sensowny sposób szybkiego niszczenia czołgów.

A tymczasem - jutro turniej. 1200. Trzymajcie kciuki.
01:04, leitdorf
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 kwietnia 2009
Do przerwy 1:0
Czyli o Blood Bowlu słów kilka. Cóż to jest? W dużym skrócie - najlepsza z gier GW, w którą mi sie grać zdarzyło. Wersja nieco bardzej rozbudowana - jest to gra w piłkę nożną. A konkretniej - w jej wersję amerykańską, czyli coś na kształt rugby. Osadzona, oczywiście, w realiach świata WFB, więc na boisku mierzą się drużyny złożone ze Skavenów, Orków, ludzi, szkieletów... Z tego tez powodu gra jest znacznie bardziej krwista i brutalna niż to, co znamy (bądź też nie) z ekranów telewizorów i niczym dziwnym nie jest fakt, że w czasie meczu pada więcej zawodników niż goli (zwanych tutaj touchdown, co się chyba powinno tłumaczyć jako przyłożenie). W końcu, skoro zawodnicy przynoszą ze sobą piły łańcuchowe, walce (bynajmniej nie angielskie) tudzież inne przyżądy, których głównym przeznaczeniem jest czynienie krzywdy bliźnim... A żeby było jeszcze weselej - tutaj głównym "przeznaczeniem" jest gra ligowa. A co za tym idzie - drużyna się rozwija, bo zawodnicy zdobywają nowe umiejętności (punkty doświadczenia dostaje sie za udane akcje rozmaitych typów) a trener ma do dyspozycji dodatkową kasę. Choć bywa i tak, że się drużyna zwija - na skutek kontuzji graczom mogą się obniżyć statystyki, a nawet może się okazać, że rzeczony zawodnik tak silnie związał sie z boiskiem, że nijak nie idzie go zeskrobać...
Mechanika gry jest stosunkowo prosta. Ot, testy cech, rzucane - jak to w bitewnym młotku - na d6. Dodatkowo jest kilka specjalnych d6 do rzostrzygania bijatyk, które (zwłaszcza przy pewnych drużynach) zdają sie stanowić sedno gry. Plus zestaw umiejętności różnych graczy, pozwalających im wykonywać specjalne akcje. Ot, tyle. A radochy jest przy tym co nie miara. Kombinacje, liczenie pól, zagadka - ryzykować akcję, która wprawdzie wychodzi na 2+, ale jeśli nie wyjdzie, to kończy naszą turę i oddaje przeciwnikowi nie tylko inicjatywę, ale i piłkę? Zurzyć tego bezcennego rerolla teraz, czy jednak zostawic go na ważniejszą okazję? Hmmm...
Tym razem miałem przyjemność grać orkami przeciwko ciemnym (:P) elfom. Znowu miałem drużynę, która działa według mojego mojego ulubionego schematu, bezlitośnie wykorzystywanego również w Chaos League. A konkretniej - bijemy. Potem bijemy, następnie bijemy. Na zakońćzenie kopiemy leżącego, a jak już nie ma kogo kopać, to biwegniemy po punkt. I zaczynamy kolejną serię bicia. Wiem, że strategia nie jest może szczególnie wyrafinowana. Wiem też, że nie zawsze przynosi zwycięstwo. Powiem więcej: uważam, że drużyna grająca w ten sposób będzie sie powoli rozwijać. Kluczem do zwycięstwa jest liga: wszystko wskazuje na to, ze przeciwnik mierzący sie z tego typu drużyną będzie się raczej zwijał. Powoli bo powoli, ale nieubłaganie. Tym razem, o ile dobrze pamiętam, pięciu mroczniaków zaliczyło knosk-out, a 2 poważne obrażenia. Ponadto mi jako pierwszemu - w siódmej turze pierwszej połowy - udało się zdobyć punkt. Do przerwy - 1:0. W sumie nie było to takie trudne - kol. Qba z uporem godnym lepszej sprawy podejmował najbardziej ryzykowne akcje - znaczy, takie, które wychodzą na 2+. A jak wiadomo - one nie udają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. No ale - jego prawo... A moje - wykorzystać sytuację i iść z piłką w stronę jego linii końcowej. Nie biec, tylko właśnie iść. Powoli, spokojnie, metodycznie rzodeptując elfów. I tak też uczyniłem. Niestety, druga połowa wyglądała już nieco gorzej dla mnie. To ciemne draństwo nagle przyspieszyło i zaczęło biec w stronę mojej linii końcowej. Los się odwrócił i rzuty na 2+ zaczęły wychodzić. W efekcie, mimo tęgiego lania, jeden z mroczniaków przedarł sie przez moje linie obrony, wykopał goblina z boiska, i dobiegł do linii końcowej. "Spoko", pomyślałem. "Jeszcze cztery tury. Mamy dużo czasu!" Okazało się to niestety być pobożnym życzeniem. Następna tabela kick-off (losowy efekt przy każdym wznowieniu gry) pokazała, że... tłumy kibiców (10k elfów, 70k orków!) raczyły wzniecić zamieszki. Zanim bossowie strzaskali dosć łbów, żeby hordy uspokoić, to czas przeznaczony na mecz się skończył. Tak to właśnie działa "da plan" u zielonoskórych...
Podsumowując: gra jest genialna. Zabawna, umożliwia kombinacje, jest nieprzewidywalna. Po prostu - cudo. Dziś widziałem trailer wersji komputerowej. Jeśli czegoś ostro nei schrzanią - to ja to muszę mieć! Koniecznie. I coraz poważniej zastanawiam sie nad zakupem drużyny plastikowej...

Choć przed tym ostatnim chyba się powstrzymam. I tak jestem po uszy zagrzebany w malowaniu.
13:08, leitdorf
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 marca 2009
Księżycowy turniej.
Księżycowy, ponieważ graliśmy na księżycu, w low-g i pod zmniejszonym ciśnieniem. Skutkiem tego obowiązywały dodatkowe zasady. Przede wszystkim, piechota poruaszała się jak jump infantary, z tym, że tylko na 6". Ale za to każdy trudny teren traktowała jako neibezpieczny. Ponadto, wszystkie ataki były traktowane jako rending i powodowały utratę D3 woundów.
Tym razem, nauczony przykrym doświadczeniem z ostatnich bitew towarzyskich stoczonych w Ogrynie, postanowiłem zainwestować w ciężką broń, a także doinwestować wyposażenie sierżantów. Okazało się po prostu, że dwie rakietnice nie są w stanie poradzić sobie z większością pancernych zagrożeń, a Power Weapony na sierżantach się po porstu nie sprawdzają, bo to, co ma na tyle duży pancerz, żeby PW robił różnicę, jest też zwykle dostatecznie wytrzymałe, żeby nie było go zbyt łatwo zranić. W poprzedniej edycji, gdy PW kosztował 5 punktów, to jeszcze miało sens... Teraz - 15pkt - już nie.
Koniec końców, wystawiłem następującą rozpiskę:

HQ:
Chaplain, jump pack @ 115

Elites:
Dreadnought, Heavy Flamer, Assault Cannon @ 125

Troops: 2x10 Tactical Squad, Flamer, Heavy Bolter, Sarge w/Power Fist, Combi-Melta @ 205 x 2

Fast Attack:
5 Assault Squad, Sarge w/Power Fist @ 125

Heavy Support:
7 Devastaror Squad, 2xLascannon, Multi-Melta, Missle Launcher @ 222

Uważam tę rozpiskę za nieźle zrównoważoną, nie przegiętą... Ot po prostu taką, jaka powinna być rozpiska codexowych SM. To znaczy - opiera się na Tacticalach, a cała reszta jest wsparciem dla nich. Jedyne, czego można by się czepiać z fluffowego punktu widzenia, to że jest dowodzona przez Czaplę zamiast Kapitana... Ale to tylko ultrapuryści, i to mający kiepski dzień.
Na turnieju grałem trzy bitwy. W ogóle była tylko czwórka graczy, więc sobie zagraliśmy każdy z każdym. Pierwszy bój przyszło mi toczyć z marynatami. A rozpiska jego wyglądała następująco... :Lysander + 5 termosów w DS, 5 assault termosów w land riderze (redeemer!), 2x5 scoutów. Bosko, no nie? Graliśmy w Capture&Control, z wystawianiem Dawn of War, czyli nie mogłem od początku wstawić Devastatorów tam, gdzie mi byli potrzebni. Na dodatek zły i niedobry przeciwnik zaczynał - więc wszystko to wyglądało dla mnie dość szaro i ponuro. Zwłaszcza, że w pierwszej turze jego scouci (jeden oddział!) wystrzelali mi z bolterów jeden z combat squadów (jeden marynat został przy życiu... Trzeba mieć wyjątkowy talent, żeby na 5 save'ów na 3+ rzucić 4 jedynki, no nie?). No ale w chwilę później jego zwiadowcy już gryźli piach, a moja armia wyszła z rezerw i zajęła strategiczne pozycje. I zaczęła się zabawa. Po pierwsze - niemożność otwarcia Land Ridera. Dwie tury ostrzału devastatorskiego dały radę urwać mu jedno z dział, i na tym koniec. Dopiero jeden z sierżantów podbiegł na tyle blisko, żeby sensownie odpalić combi-meltę i wysadzić to bydlę w powietrze. Szkoda tylko, że sam zginął w wyniku eksplozji... Ale swym poświęceniem ocalił wielu braci. Imię jego - jakiekolwiek by ono nie było - nie zostanie nigdy zapomniane.
Inna historia to Termosy. W wersji assaultowej są naprawdę, naprawdę strasznie trudni do zatrzymania. Jeden miał clawy, pozostała czwórka młoty i tarcze. Efekt: ja strzelałem, a to szło. Ja tłukłem wręcz, a to szło. Zdawało tego swojego AS2+ lub Inv3+, i szło. Kilka tur mi zajęło zredukowanie ich do ostatneigo młotkowego (a odbyło sie to wprzy udziale Assaultowców z Czaplą, Combat Squadu z sierżantem i Dreda...). Tenże ostatni młotkowy raczył zaszarżować na moich Devastatorów. I tu miała miejsce akcja stulecia: moi devastatorzy się do tego terminatora dostawili, z racji wyższej inicjatywy (czy może raczsej - braku młotka) zadzaibali go, po czym dzięki konsolidacji na 3" wrócili na pozycje i dalej ostrzeliwali drugi oddział termosów, który się ku mnie zbliżał z szefem. W pewnym momencie szef się oddzielił - i to był błąd... Dostał serię z ciężkiej broni i dzięki d3 wounds za każdego wyparował. Na koniec bitwy przeciwnikowi został pojedynczy termos. Zwycięstwo. Choć prawdopodobnie jedynie dlatego, że termosy zniosło w trudny teren i mogłem je zmusić do lądowania w najdalszym miejscu planszy.
Druga bitwa - wystawianie na ćwiartki, i bijemy sie o pięć punktów. Po przeciwnej stronie stołu gwardia w konwencji "śmierć z nieba!" Oznacza to mniej-więcej tyle, że na początku na stole znalazł się HQ Squad. I tyle. Reszta spadałą jako DS. A w tejże reszcie były: trzy oddziały weteranów - w każdym dwa plasma guny i plasma pistol, oddział specjalistów z meltami, oddział HQ z 4 plasma gunami i plasma pistolem, 3x2 Sentinele z meltami i samodzielny linkowany Lascannon. Moje szczęście polegało na tym, że ta "śmierć" spadała na raty. więc ja ją mogłem zabijać na raty. Znacyz. W pierwszej turze na stole był jego HQ. To go zabiłem. W drugiej turze spadł oddział gwardzistów i laska. No to je też zabiłem. W trzeciej turze spadały dwa oddziały gwardzistów - jeden zabiłem, drugi się - skubany - schował. W czwartej spadła większość reszty, i wtedy mi się zrobio trochę cieplej - skoncentrował ogień na kilku moich oddziałach, i zaczął je wypalać. Siebie przy okazji też, ale jego to prawdopodobnie bolało mniej niż mnie, niestety. Inna rzecz, że ja też sie odgryzałem - sierżanci meltami zdjęli po jednym kurczaku, jeden z nich pięścią dołożył drugiemu, devastatorzy i Boltery też robili swoje... Ale niestety jednej tury zabrakło na ostateczne rozstrzygnięcie i bitwa zakończyła sie remisem. A szkoda...
I wreszcie trzecia bitwa - potykałem się z Blood Angels, w składzie: ichna duża czapla z piątką świrów, piątka assaultowców, dwie dziesiątki taktycznych (w tym jedna w Rhino), Dread. Czyli całkiem podobnie do mnie. Graliśmy w zwykłą wyrzynkę, rozstawianie na 12". Ale tym razem była to wyrzynka jednostronna. Straciłem tylko jeden combat squad. Zaraz w pierwszej turze (a ja zaczynałem!) otworzyłem mu Rhinosa, w drugiej sprzątnąłem Dreadnoughta, dwie tury zajęła mi rozprawa z lataczami, potem tylko soprzątanie tacticali, namydlić i spłukać. I koniec. Bitwa była szybka i krwawa, więcej do napisania nic nie mam. Poza tym, że z ostatecznym wynikiem W-D-W zajążłem pierwsze miejsce i w nagrodę dostałem ciastko :D
Anyway - learning points:
-Termosy są złe i niedobre, i ciężko je zabić. Assault termosy są złe i niedobre, i jeszcze trudniej je zabić. Chcę takie.
-Cieżka broń to dobry pomysł. Na początku chciałem wymieniać miskę na dodatkową meltę, ale jeszcze posprawdzam, może jednak zostanę przy tej konfiguracji.
-Sierżant z combi-meltą i fistem jest w stanie zrobić przeciwnikom duże kuku. Ten sposób wystawiania będzie kontynuowany. Tylko trzeba skądś zdobyć rzeczone combi-melty...
-Turnieje są dobre. I uczą!

Galadlin - przy najbliższej okazji zamierzam wypróbować tę rozpiskę na Tobie!
20:38, leitdorf
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 marca 2009
Jestem Miszczem!
Miszczem Gry tak konkretniej. Po dłuuugiej abstynencji znowu się przekonałem do mistrzowania, i poprowadziłem już dwie sesje. W składzie drużyny: szermierz z Estalii (lub może Tilei? Sam jest niezdecydowany :P), elfia wiedźma, kanciarka z rubieży Imperium, halfling dzielnie szarżujący na kucyku i pielgrzymujący kapłan Ulryka. Jak dotąd udało im się między innymi: ocalenie niesłusznie skazanego na śmierć lokalnego wieśniaka, co zaowocowało również zirytowaniem pewnego łowcy nagród. Następnie z niemałym trudem uratowali córkę lokalnego szlachcica z łap goblinów, które odebrały ją fałszywym pielgrzymom (wybijając ich), którzy odebrali ją dotychczasowym opiekunom (wybijając ich). Potem jeszcze tylko musieli poradzić sobie z szalonym ex-żołnierzem, któremu sie wydawało, że to jego (dawno zaginione) dziecię, i już mogli je oddać rządcy tatusia... Problem był tylko taki, że tatusiowi sie zmarło. Rządca dał naszym bohaterom po 10 koron i kopa na pożegnanie... Witamy w Starym Świecie!
W następnej przygodzie, będącej już wstępem do właściwej kampanii, graczom udało się - przy małej pomocy strażników, którzy musieli udowodnić młodemu szermierzowi, że choć najlepszą obroną jest atak, to niekoniecznie najlepszym atakiem musi cyć obrona - ubić czwórkę mutantów. Następnie z dobroci serca wyruszyli wraz z wieśniakami w trudną i niebezpieczną drogę do Middenheim starając sie ich przy okazji chronić i bronić. Miło z ich strony. Trochę tylko szkoda, że nie udało im się powstrzymać rytuału przywołującego demona rozlewu krwi, odprawionego przez opętaną żądzą zemsty wioskową babunię, ex-czarownicę... No ale nie można mieć wszystkiego! I tak dobrze, że dotarli do Middenheim cali i (względnie) zdrowi. Względnie, bo elfia wiedźma jest na pograniczu choroby psychicznej... Ju ja jej wymyślę coś paskudnego za nadużywanie magii!
Czego sie nauczyłem przez te dwie sesje?
1. Grać trzeba wtedy, kiedy jest na to dużo czasu! Nie wtedy, kiedy jest presja, że ktoś musi wcześniej wyjść, albo co.
2. Z zasięgu graczy trzeba usunąć wszystko, co może rozpraszać.
3. Przerwy muszą być. Ale muszą być nie za często i odpowiednio wkomponowane w strukturę sesji. Moim zdaniem za pierwszym razem lepiej to wyszło.
4. Trzeba mieć tekst kampanii po polsku. Tłumaczenie w locie jest złe i niedobre. Co z tego, że ja czytając nie muszę sobie tłumaczyć, bo rozumiem? Przecież to gracze mają mnie zrozumieć.
5. Do walki - obowiązkowo mapka. Obowiązkowo, powiadam!
6. Trzeba starać się przewidzieć, co dziwnego mogą wymyślić gracze... A inwencję to oni mają, oj, mają!
7. Graczom trzeba będzie momentami podpowiedzieć, czego się od nich oczekuje w dziedzinie odgrywania roli.
Ogółem - jest dobrze. Może być lepiej. ale trzeba nad tym popracować...
00:38, leitdorf
Link Komentarze (5) »
niedziela, 22 lutego 2009
Porażka jest nawozem sukcesu!
Tak więc ostatnimi czasu swój przyszły sukces nawoziłem doć intensywnie. W ciągu dwóch dni stoczyłem trzy bitwy - i wszystkie udało mi się przegrać. Niestety. A teraz - więcej konkretów.
Pierwsze dwie bitwy stoczyłęm w Ogrynie, na 1000 punktów, przeciwko Ultramarynatom i Orkom. Ja wystawiłem Chaplaina z pełnym Assault Squadem, dwa standardowe Tacticale (ML, Flamer, Power Weapon)), jeden dostał Rhino, poza tym miałem jeszcze Dreadnoughta (AC, H. Flamer) i piątkę Devastatorów z dwoma ML. Naprzeciw mnie Ultrasi wystawili cztery pełne Tacticale (w tym trzy w Rhinosach), ze znacznie bardziej urozmaiconym wyborem broni ciężkiej i specjalnej (była tam i duża melta, i mała melta, i plazmy, i tak dalej) oraz fistami na sierżantach, i Librarian z palnikiem. Bitwa była zażarta. Oczywiście, musiało się okazać, że mój Dread zszedł od pierwszego wymierzonego w jego stronę strzału z rakietnicy. No cóż. Pech. Moje rakiety za to nieszczególnie miały ochotę coś zrobić Rhinosom - po udanym trafieniu, w rzucie na penetrację kostka z uporem godnym lepszej sprawy pokazywała 2. Czyli o jeden za mało nawet jak na glanca. Pity. Jeśli chodzi o inne kwestie - walka wręcz niezbyt mi wychodziła. Poza tym, że mój Chaplain zaszarżował Librariana i go ubił, podobnie jak uczynił Assault z jednym z Combat Squadów - to katastrofa. Nie byłem w stanie przeciwnika zranić. Ciągle, ciągle rzucałem za mało i moje oddziały były w CC regularnie wycinane w pień. Do tego Chaplain został regularniu ustrzelony przy pomocy melt, rakietnic i temu podobnego świństwa.
Nauka na przysżłość:
-Ciężka broń. Rakiety mogą być przydatne, moga być fajne, ale naprawdę koniecznie trzeba się wyspecjalizować. Potrzebuję melt i lasek na pojazdy (na Teranidów też się przydadzą), plazmy na marynaty i heavy bolterów na lżejszych niemilców. Koniecznie.
-Sierżanci. Power Weapon fajnie wygląda - na papierze. Fajnie działa - na Czapli. Ale sierżanci muszą mieć siłę przebicia. Trzeba zainwestować w rękawice. Koniecznie.
-Nie rozdziala się Assault Squadu i czapli. Choćby to była nie wiem jak kusząca opcja. To nie WFB szósta edycja, gdzie działało proximity. Chaplain wystawiony luzem - ginie. A gdy już spełnię postulat dotyczący ciężkiej broni - wrodzy bohaterowie pozostawieni sami też będą ginąć. Czego im szczerze życzę.
-Warto pokombinować nad rozpiską z Librarianem. Facet jest niezły, jak się go odpowiednio skonfiguruje...

Kolejna bitwa - ja wystawiłem dokładnie to samo, a naprzeciw mnie stanęły Space Orks. Czyli: 12 orków z dwoma Mekami (każdy miał Shokk Attakk Gun czy jakoś tak), około 20 grotów, 3x3 Killa Kany (każdy z Rokkit Launcha i Dreadnought CCW) i dwa Deff Dready (każdy miał 3CCW i ciężki palnik). No ładnie... Ta bitwa była zdecydowanie bardziej jednostronna niż poprzednia. Owszem, udało mi się zlikwidować Groty i zdrowo przetrzebić Orki. Zdjąłem bodaj 3 małe puszki i jedną dużą. ale sam straciłem wszystko, co na stole stało :/. Niestety. Było szybko i krwawo. Gdy 3 Kany szarżują - nie ma "zmiłuj". Niestety. A te odkurzacze do snotlingów wcale mi specjalnie nie pomogły... Nauki z tej bitwy: -Cieżka broń. Patrz poprzednia bitwa.
-Wyposażenie sierżantów. Jak wyżej.
-Assault Squad jest do kontrudeżeń wtedy, gdy przeciwnik się zapędzi za daleko, nie do tego, żeby się zapędzać za daleko!

I wreszcie trzecia bitwa. 1500pkt przeciw Tyranidom. Wystawiłem rozpiskę następującą: Sicarius, dwa Tacticale (w obu mała plazma, Power Fist, combi-flamer, w jednym duża melta, w drugim laska) - jeden z Razorbackiem, piątka termosów, 10osobowy Assault, Thunderfire Cannon i Scouci. Starałem się bronić dzielnie, ale jakoś średniawo mi to wychodziło. Niestety. Zaczęło się od tego, że już w pierwszej turze doszły do mnie Hormagaunty. Potem termosy zostały zaszarżowane, i nie były w stanie ruszyć się z miejsca przez większą część bitwy, potem mój assault zaszarżował na Hormagaunty - i na "dzień dobry" stracił 7 marynatów... Jak dodać do tego jeszcze latającego tyranta złożonego do CC, i Warriorów złożonych do CC... Well. Niestety.
Nauka: -Ciężka broń - fajnie, ale trzeba się wyspecjalizować. Do Tacticali, które i tak mają sporo bolterów, wpuścić Heavy Boltery, i neich działają przeciwpiechotnie. Poza tym - uruchomić oddział przeciwpancerny.
-Termosy bez transportu nigdzie daleko nie zajdą, niestety. Trzeba pokombinować z Deep Strike, albo z Land Raiderem...
-Nad sposobem wykorrzystania Sicariusa też trzeba pomyśleć. Na racie chyba wrócę do Czapli, albo poproxuję Librę.
-Thunderfire Cannon nie jest taki fajny, jak by się wydawało.

Plany na przyszłość: gdy tylko skończę malować Termosy, kupuję Devastatorów i sklejam: 2xHB (pójdą do Tacticali), 2xlaska, Multi Melta. Laski, melta i duża plazma będą robić za mój oddział przeciwpancerny, tacticale dostaną HB, wrócą im palniki - za to sierżanci dostaną combi-melty... Trzeba kombinować!
12:46, leitdorf
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2